Jeśli nad jakąś płytą rozpływa się Noisia i DJ Fresh to chyba nie może być zła? Albo przynajmniej nie wypada pisać o niej źle? Tylko, jeśli rzeczywiście mają rację. No i mają, ale ja się nad tym albumem tak nie rozpłynę.
Trzeba przyznać, że przed premierą krążka Neosignal, wytwórnia, która go wydała, umiejętnie zbudowała napięcie. Pełne głębokiego przekazu press releasy, wreszcie odsłuchy z interesującą oprawą wizualną, wszystko to mówiło do nas: "będzie moc". I kiedy w końcu przysłali przedpremierową recenzencką wersję (przerywaną wprawdzie "watermarkami" w postaci głosu informującego o fakcie, że wersja jest tylko dla dziennikarzy, co irytuje niewiarygodnie przy kolejnych odsłuchach - cóż, coś za coś), w końcu można było sprawdzić na co tak naprawdę stać sprzęt grający.
Pierwsze wrażenie jest rzeczywiście niesamowite. Zwłaszcza, że Phace i Misanthrop przyrządzają swoje tracki wedle receptury na parkietowego killera - klimatyczna rozbiegówka i wejście bitu tak mocnego, że neuro aż zapukało do drzwi sąsiadów. Głębokie to i mocne, że pot z subwoofera spływa. A im głośniej tym lepiej. Przy tym miejscowe mieszanie w metrum, jak w "Orbit", gdzie Misanthrop przenosi stopę na słabą część taktu. Dalej lekkie wokaliki na górze i charczący bas, czyli wszystko to, co neurotygryski lubią najbardziej. Bardzo ciekawie zaprezentował się Phace w "Generation For Sale", zapuszczając się w Daft Punkowe rejony z kompozycją na regularne 4/4 i breakową wstawką. Tak... pierwszy odsłuch daje to dobre wrażenie porządnego mielenia.
Gorzej jest przy kolejnych. Gdy opada kurz z trzęsących się głośników i zaczynamy dostrzegać niuanse albumu - a raczej ich deficyt - staje przed nami pytanie - czy to rzeczywiście nic szczególnego, czy to po prostu równy poziom? Niestety ciągłe operowanie jednym schematem i podobnymi brzmieniami wprowadza efekt znużenia, z którego jesteśmy wybijani tylko raz na jakiś czas. Ocena zależy od indywidualnego spojrzenia na ten neurotyczny drum and bass. Dla jednych ta swoista transowość będzie właśnie sporą zaletą albumu, ci którzy doszukać będą chcieli się innowacji i eksperymentów, poczują się lekko zawiedzeni. Po premierze płyty utworzą się zatem, z całą pewnością, dwa skrajne obozy zwolenników i przeciwników.
Taki efekt (monotonii) zapewne nie jest odczuwalny przy pojedynczym odsłuchu utworów - wtedy mamy przed sobą po prostu dobrze wyprodukowany, mięsisty drum and bass. Ale przy natężeniu podobnych do siebie kawałków, osłabienie ich mocy jest naturalne.
Tak wygląda oddanie sprawiedliwości. Bo mnie, mimo wszystko, krążek podszedł. Są takie chwile, gdy potrzebne jest nieskomplikowane, bezkompromisowe złojenie neurotransmiterów (dosłownie i w przenośni) i "From Deep Space" na takie okazje będzie perfekcyjny.
Kaśka Paluch

















