Bachelors of Science na swoim drugim krążku dają się poznać jako wszechstronni producenci, nie dający się zaszufladkować w jednym konkretnym gatunku. Bo choć to wciąż drum and bass, BoS konsekwentnie poszerzają jego granice.
Kalifornijczycy sami przyznają się do bardzo różnorodnych inspiracji całym spektrum muzyki klubowej - od zachodniego breakbeatu po cały bristol sound a nawet trip-hop. "Warehouse Dayz" można rozpatrywać więc na dwa sposoby: jako przejaw totalnego niezdecydowania lub jako wyjątkowo otwartego umysłu. Ja wybieram drugą opcję.
Znajdujemy tu i liquid funk, i breakbeat, i downtempo, są też elementy dubstepu, a nawet oldschoolowego jungle i atmospheric drum'n'bass. Słuchanie "Warehouse Dayz" jest jak oglądanie świata przez kalejdoskop. Czasem brakuje logiki, ale przynajmniej nie można się nudzić.
W takich utworach jak "Ripsaw" Bachelors pokazują, że potrafią mocno przycisnąć dubstepowym basem i neurofunkową rytmiką, ale cała reszta albumu świadczy o tym, że Kalifornijczycy stabilniej czują się jednak w melodyjnych, optymistycznych produkcjach. "Can't let go" przypomina drum and bassowe liquidy z początku tego wieku, że nie wspomnę o "Have You Ever Tried" brzmiącym jakby się żywcem urwał z Hospital Records.
Można się kłócić czy album ma w ogóle jakąś logikę i koncepcję, czy jest to po prostu zbiór kawałków godnych "debiutanckiego" nierozgarnięcia (choć to nie debiut). Oczywiście - koncepcji i spójności tu brak. Nie jest to też płyta szczególnie oryginalna. U mnie jednak Bachleros dostają dużego plusa za umiejętność odnalezienia się w tak różnych stylistykach i talent do tworzenia jakości w różnorodności.
Kaśka Paluch




