"To nie drum and bass, to czyste szaleństwo" - przeczytałam gdzieś komentarz najnowszej produckji Current Value. Zgadza się. Takie produkcje oceniamy już nie w kategoriach gatunków muzycznych, ale psychicznych zaburzeń.
Current Value, nigdy nie tworzył easy-listeningowego, a nawet jasno sprecyzowanego drum and bassu, czy w ogóle jakiegoś konkretnego gatunku muzyki. Twórczość tego niemieckiego producenta o wiele łatwiej porównywać do brzmień generowanych przez młoty pneumatyczne lub nie przymierzając kucia ścian u sąsiada, niż do jakiegoś s t y l u. I założywszy nawet, że lubię tego typu produkcje - a obiektywnie potrafię docenić nawet najstraszniejszy noise - nie jestem w stanie doszukać się powodów, dla których po kilku przesłuchaniach "2012: The Day of Silence" i napisaniu tej recenzji, miałabym jeszcze kiedyś do nowej produkcji Currenta wracać.
Jakkolwiek bowiem nie każdy break musi być melodyjny i taneczny, tak by nazywać coś muzyką, produkcja musi spełniać pewne kryteria. Oczywiście, od czasów Stockhausena, Cage'a i Schonberga pojęcie muzyki rozciągnęło się znacznie, wchłaniając w siebie każdy przejaw wydobywania dźwięku, od pocierania szczotką podeszwy butów, po ciszę. Dlatego też w istocie Current Value teoretycznie tworzy muzykę, ale kto ma tego słuchać - trudno powiedzieć. Bo nikt, kto w sztuce doszukuje się minimum wartości estetycznej, muzyką tego nie nazwie.
Jak wspomniałam, problemem nie jest sama hałaśliwa, chaotyczna i ciężka stylistyka Current Value, ale fakt, że w tym przypadku forma absolutnie przerosła jakąkolwiek treść. Venetian Snares tłucze się po garach znacznie bardziej dotkliwie, a jednak nietrudno w jego drone'ach odnaleźć sens i logikę działań. Na "2012:..." wszystko leci po jednym schemacie, byle głośniej i mocniej, byle zdekonstruować poczucie estetyki. Tak jakby coraz bardziej dokuczliwe wiercenie w materii dźwiękowej miało słuchacza ogłupić na tyle, by potraktował to jako coś wartościowego. Może toporność i prostactwo właśnie odzwierciedla tytułowy koniec świata, ale ja tego tak nie kupuję.
Pewnie znajdzie się niejeden entuzjasta twórczości Current Value, najpewniej mieszkańcy wielkich miast znużeni coraz bardziej zagęszczonym scalaniem stylów i pomysłów w muzyce, poszukujących atawistycznej wręcz, pierwotnej łopatologii, która przeora mózgi tak, że z klubu będzie się wychodzić na kolanach. Mnie to nie bawi.




